Apulia

Apulia, czyli sam obcas włoskiego buta, to idealny kierunek na posezonowe leniwe wakacje. WizzAir lata do Bari z kilku miast Polski i można upolować naprawdę tanie bilety. My w połowie października trafiliśmy na przepiękną pogodę, w ciągu dnia temperatura dochodziła do 27 stopni. Włosi co prawda wszyscy ubrani byli już w typowo jesienne outfity, czyli długie spodnie, sweterki i wiatrówki, a nawet kozaki! Natomiast turystów łatwo można było rozpoznać po krótkich spodenkach, sandałach i letnich sukienkach.

Nasz wyjazd był dość spontaniczny, dlatego też zarezerwowaliśmy jedynie trzy pierwsze noclegi. Mieliśmy wstępny plan podróży i resztę postanowiliśmy bookować na miejscu, z dnia na dzień. Ostatecznie spaliśmy w pięciu różnych miejscach i myślę, że jak na tydzień to trochę za dużo. Zdecydowanie wygodniej byłoby nam nie przenosić się tak często i przez cały wyjazd mieć 2-3 bazy wypadowe.

Samochód wypożyczyliśmy z firmy Locauto przez Internet i odebraliśmy go na lotnisku w Bari, trzeciego dnia rano. Samą wypożyczalnię możemy jak najbardziej polecić, jedynym mankamentem okazały się jak zwykle kiepskiej jakości foteliki dla dzieci, których cena porównywalna była do kwoty, jaką zapłaciliśmy za sam samochód. Niestety ten scenariusz powtarza się praktycznie zawsze, dlatego jeżeli podróżujecie z dziećmi poniżej 2 roku życia polecam zabrać własny fotelik (w większości linii lotniczych, również tych tanich, jest to darmowe). Jeżeli chodzi o wózek to pomimo, że Agatka miała już skończone 2 lata nikt się nie czepiał i mogliśmy go wziąć za darmo do samolotu.

Bari

Nasza przygodę z Apulią rozpoczęliśmy od stolicy i jednocześnie największego miasta regionu. Z lotniska (im. Karola Wojtyły) do centrum można dostać się pociągiem (5 EURO, dzieci nie płacą), prywatną linią autobusową (4 EURO od osoby) lub miejskim autobusem linii 16 (bilet w cenie 1 EURO). Jedzie się około 30 minut. Do Bari dotarliśmy późnym popołudniem i spędziliśmy w mieście półtora dnia. Spaliśmy w całkiem fajnym mieszkaniu wynajętym przez booking, w którym, zupełnie niespodziewanie, czekało na nasze dzieci mnóstwo zabawek:)

Chociaż niektórzy nie decydują się na nocleg w Bari i od razu ruszają dalej, myślę, że warto na jeden dzień zatrzymać się w tym klimatycznym mieście. Pierwsze, co rzuca się w oczy w gąszczu wąskich uliczek starego miasta, to salony mieszkań oddzielone od ciekawskiego wzroku turystów jedynie koralikowymi zasłonkami. Przed wejściem do większości domostw suszy się pranie, którego zapach unosi się po całej starówce. Starsze panie na oczach przechodniów robią tradycyjny makaron z regionu, czyli orecchiette (podawany najczęściej z liśćmi rzepy brokułowej, con cime di rapa).

W Bari spotkacie tez niezliczona ilość przydomowych kapliczek, zarówno w podwórkach, jak i na ścianach frontowych budynków. Większość z nich jest udekorowana kwiatami i oświetlona.

Najbardziej znanym zabytkiem miasta jest romańska Bazylika św. Mikołaja, w której od XI wieku  przechowywane są szczątki świętego.

Zwiedzając największy świecki zabytek miasta, zamek szwabsko-normandzki, trafiliśmy na świetną wystawę dla dzieci dotyczącą postrzegania postaci Świętego Mikołaja w różnych krajach i kulturach.

Spacerując w okolicach portu spotkaliśmy mnóstwo amatorów paddleboarda, a także niesamowicie przyjaznych rybaków, którzy chętnie pokazywali dzieciom swoje łowy.

Popołudnie spędziliśmy na miejskiej plaży, o uroczej nazwie Pane e Pomodoro. Agatce zupełnie nie przeszkadzał fakt, że nie zabraliśmy jej stroju kąpielowego, jak tylko zobaczyła, że chłopcy się kąpią postanowiła pójść w ich ślady:)

San Vito

W tym niewielkim miasteczko zamieszkałym przez niespełna 100 osób zatrzymaliśmy się w drodze do Polignano a Mare. Położone tuż nad wodą pobenedyktyńskie opactwo św. Wita Męczennika, chociaż niedostępne od środka dla zwiedzających, robi wrażenie swoją majestatyczną architekturą w zderzeniu z maleńkim portem rybackim.

Polignano a Mare

Położona w skalnej zatoczce pomiędzy klifami plaża Lama Monachile to jedno z najbardziej rozpoznawalnych i fotografowanych miejsc w Apulii.

Do Polignano a Mare, rodzinnego miasteczka Domenica Mondugno (autora piosenki Nel blu dipinto di blu, czyli Volare) warto przyjechać nie tylko ze względu na tę urokliwą plażę. Spacerując po położonej na cyplu niewielkiej starówce co chwilę zatrzymywaliśmy się na tarasach, z których rozpościerał się widok na klify i kolejne zatoczki. Gdybyśmy mieli więcej czasu z pewnością wybralibyśmy się na rejs wzdłuż skalnych grot. Podejrzewam, że w sezonie Polignano a Mare może być, mówiąc eufemistycznie, dość zatłoczone:) W październiku nawet na najsłynniejszej plaży Apulii było luźno, a pozostała część miasteczka była już prawie zupełnie pusta.

Monopoli

Pomimo, że w Monopoli spędziliśmy zaledwie kilka godzin, miasto całkowicie nas urzekło. Myślę, że mogłoby stanowić dobrą bazę noclegową do zwiedzania tej części Apulii. My zaczęliśmy spacer od malowniczego portu rybackiego, z którego wąską bramą w murach miejskich przechodzi się do starego miasta. Klimatyczne uliczki starówki skrywają wiele imponujących budowli, jak choćby przebudowaną w stylu barokowym katedrę Maria Santissima della Madia.

W niewielkich zaułkach i na placykach można zaszyć się na kawę lub winko i posiedzieć na przykład na schodach prowadzących do osiemnastowiecznego kościoła (nie martwcie się, kościół nie był otwarty dla zwiedzających). W Monopoli trafiliśmy też na ciekawą międzynarodową wystawę fotograficzną. Część zdjęć prezentowana była w niesamowitych wnętrzach barokowego Palazzo Palimieri, który liczy ponad 100 pomieszczeń.

W knajpie typu street food, specjalizującej się w rybach i owocach morza, zjedliśmy też jeden z najpyszniejszych obiadów podczas całego wyjazdu. Tomek, którego naprawdę trudno namówić jest do skosztowania czegoś nowego, zajadał się ośmiornicami i kałamarnicami:) Zamówiliśmy też zestaw mini burgerów, między innymi z surowym tuńczykiem. Pycha!

Alberobello

Alberobello to kolejny punkt obowiązkowy na mapie Apulii. Polecam zwiedzać miasteczko naprawdę wcześnie rano, inaczej będziecie spacerować w tłumie turystów, nawet poza sezonem. A wszystko za sprawą tajemniczych trulli, czyli białych, stożkowatych domków z kamienia wapiennego, których jest w Alberobello około 1500. My przyjechaliśmy do miasta wieczorem i udaliśmy się na spacer zupełnie pustymi uliczkami. Nie polecam brać wózka, największe skupisko trulli znajduje się w niewielkiej dzielnicy Rione Monti, położonej na wzgórzu.

Spaliśmy oczywiście w niewielkim trullo wynajętym przez booking. Następnego dnia po śniadaniu, tym razem z dziesiątkami turystów, ruszyliśmy oglądać miasteczko w świetle dziennym. Po kilku nieudanych próbach zrobienia zdjęć bez osób postronnych przenieśliśmy się kilka uliczek dalej, poza dzielnicę Rione Monti, i tam byliśmy już praktycznie sami! Dzieciom Alberobello niesamowicie się spodobało, Tomek stwierdził, że trulli mają pompony i z pewnością kiedyś mieszkały w nich krasnoludki:)

Locorotondo

Położone 10 minut jazdy samochodem od Alberobello niewielkie Locorotondo zawdzięcza swoją nazwę (okrągłe miejsce) owalnej starówce położonej na wzgórzu, wśród gajów oliwnych i winnic. Wokół miasteczka porozrzucane są niewielkie skupiska trulli, które można podziwiać będąc na starym mieście.

Locorotondo, które znajduje się na liście najpiękniejszych małych miasteczek Włoch, to przede wszystkim wąskie kamienne uliczki, malownicze zaułki wypełnione kwiatami i …najlepsza pizza jaką jedliśmy w Apulii:)

W okolicy Locorotondo spaliśmy w najładniejszym miejscu podczas całego wyjazdu. Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy przez airbnb domek trulli, położony na wsi, pośród drzewek oliwkowych i figowych. Niestety przyjechaliśmy późnym popołudniem i za zimno było na kąpiel w basenie, wybraliśmy się więc na spacer po okolicy.  Za to wieczorem, jak dzieci poszły już spać, mogliśmy z Łukaszem posiedzieć na tarasie z lampką regionalnego wina:)

Martina Franca

Martina Franca, często pomijana przy planowaniu trasy po Apulii, to prawdziwa perełka architektury barokowej. Zwiedzaliśmy miasteczko wczesnym wieczorem, gdy już zapadał zmrok (to jedyny mankament podróżowania jesienią – wcześnie robi się ciemno) i byliśmy chyba jedynymi turystami. Z pewnością Bazylika św. Marcina i położony obok Piazza Maria Immacolata robią jeszcze większe wrażenie w świetle dziennym, natomiast naleśniki z kremem pistacjowym smakują tak samo pysznie, niezależnie od pory dnia!

Ostuni

Pomimo, że plan zwiedzania Apulii modyfikowaliśmy już na miejscu, co do jednego byliśmy pewni – koniecznie chcieliśmy zobaczyć Ostuni. Podobnie jak w Alberobello, na miejscu zastaliśmy znacznie więcej turystów, niż w pozostałych miasteczkach regionu. Zupełnie nam to jednak nie przeszkadzało, w Ostuni, nazywanym białym miastem, zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia! Położona na wzgórzu starówka, z której roztacza się widok na gaje oliwne, winnice i dalej wybrzeże, to plątanina wąskich uliczek i malowniczych zaułków, a także niezliczonej ilości schodów. Z wózkiem też da radę, z maluchem pewnie znacznie wygodniej byłoby jednak w nosidle czy chuście. My mieliśmy nasze ukochane nosidełko ze sobą, jednak na miejscu okazało się, że  Agatce przeszło zamiłowanie do bycia noszoną, chyba, że na barana:) Ostatecznie nie użyliśmy Tuli ani razu przez cały wyjazd.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od niewielkiego skwerku przy Corso Vittoro Emanuele II, z którego rozciąga się widok na stare miasto.

Po Ostuni można po prostu włóczyć się godzinami, wśród pomalowanych na biało domów i dziesiątek roślin zdobiących balkony, zaułki i podwórka.

Lecce

Do Lecce, zwanego Florencją południa, dotarliśmy w piątek wieczorem. Na głównej ulicy spacerowały tłumy lokalnych mieszkańców, restauracje i kawiarnie były pełne. Jednak jak tylko zboczyliśmy trochę poza utarty szlak, zrobiło się zupełnie pusto.

Całkiem przez przypadek natknęliśmy się na świetna restaurację DOPPIOZERO, serwującą lokalną kuchnię. Po kilkuletnich doświadczeniach chodzenia po knajpach z dziećmi mamy dość sprecyzowane kryteria. Przede wszystkim, w sezonie letnim, szukamy restauracji z ograniczonym ruchem samochodów. Stoliki nie mogą być zbyt blisko siebie i dobrze jak gra muzyka. Im głośniej tym lepiej:) W menu, jeżeli akurat nie ma pizzy, koniecznie makaron! W DOPPIOZERO chłopcy zjedli linguine z owocami morza (Tomkowi musiałam wyjeść mule), Łukasz regionalny stek z cielęciny, a ja klopsiki w sosie pomidorowym. Agatka spróbowała wszystkiego po trochę i była szczęśliwa:)

Następnego dnia ruszyliśmy wcześnie rano do centrum. Zaplanowaliśmy szybkie śniadanie i wyjazd nad morze. Poprzedniego wieczoru zarezerwowaliśmy mieszkanie przy samej plaży w Tore Lapillo, i byliśmy nastawieni na totalny chillout i relaks nad morzem jońskim, po pięciu dniach intensywnego zwiedzania. Pochodziliśmy jeszcze trochę po starówce, podziwiając  miedzy innymi Zamek Karola V, bazylikę Świętego Krzyża i ruiny teatru rzymskiego.

Zatrzymaliśmy się jeszcze na szybką caffe lecciese (nazwa pod turystów, w karcie widnieje jako caffe in ghaccio), czyli espresso z syropem migdałowym i kostkami lodu. I właśnie podczas delektowania się zimną kawką (dzieciaki jadły setne już podczas wyjazdu lody), odebraliśmy telefon, że niestety gospodarz naszego mieszkania nie może nas przyjąć. Rezerwowanie noclegów z dnia na dzień praktykujemy od dobrych paru lat, taka sytuacja zdarzyła nam się po raz pierwszy. Wiedzieliśmy na pewno, że chcemy jechać w okolice Tore Lapillo, na najpiękniejsze piaszczyste plaże, dlatego też wsiedliśmy w samochód i zaczęliśmy dalsze poszukiwania na bookingu i airbnb. Po kilku nieudanych próbach udało nam się zarezerwować mieszkanie w Porto Cesareo, kilka kilometrów od Tore Lapillo. Mieszkanie było dość specyficzne, kuchnia znajdowała się na balkonie:) Była jednak wyposażona we wszystko, czego potrzeba, dlatego specjalnie nam to nie przeszkadzało:)

Porto Cesareo

W Porto Cesareo spędziliśmy ostatnie dwie noce wyjazdu. Przez chwilę wahaliśmy się, czy nie jechać jeszcze do Gallipoli. Po godzinie spędzonej na plaży, o zachodzie słońca, kiedy nasze dzieci jako jedyne szalały w morzu, stwierdziliśmy, że mamy dość. Kolejne urokliwe miasteczka niewiele wniosą do naszego zachwytu Apulią. A radość z taplania się w piasku i kąpieli w morzu w połowie października jest bezcenna. Dlatego ostatni dzień wyjazdu spędziliśmy w całości na plaży. I była to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Nasze lokum było świetnie wyposażone. Zabraliśmy parasol plażowy, łopatki (razy trzy), wiaderka (razy trzy), grabki (razy trzy), foremki (razy milion). Wybraliśmy płatną plażę z restauracją (możliwość zjedzenia czegokolwiek w Apulii w ciągu dnia graniczy z cudem), która okazała się bezpłatna poza sezonem. Spędziliśmy na miejscu cały dzień. Nawet ja kąpałam się w krystalicznie czystej i, przede wszystkim, naprawdę ciepłej wodzie! Plaża w Tore Lapillo się nie kończy. O zachodzie słońca byliśmy już zupełnie sami.

Samo Porto Cesareo to niewielki nadmorski kurort, z całkiem malowniczym portem i prowadzącą wzdłuż niego promenadą. Turystów w październiku nie było wcale, za to w niedzielny wieczór mieszkańcy tłumnie bawili się na głównej ulicy do późnych godzin nocnych. W poniedziałek wieczorem nie było już nikogo, część knajp nawet pozamykano. Polecam miasteczko pod kątem plażowania, szczególnie z dziećmi. Woda w morzu w jest naprawdę turkusowa, piasek drobniusieńki  i bardzo długo jest płytko. Po prostu bajka:)

Co jeść w Apulii?

Włochy pod względem kulinarnym to idealny kierunek na podróże z dziećmi. No bo kto nie lubi pizzy czy pasty? Jak wspominałam wcześniej, Apulia ma swój własny rodzaj makaronu, orecchiette, który bardzo przypadł do gustu naszym dzieciom. Najczęściej zamawialiśmy dla nich właśnie „uszka” z sosem pomidorowym.

Na drugim miejscu była oczywiście pizza ze świeżymi, lokalnymi składnikami. Tradycyjną potrawą pochodzącą z Bari jest tiedda barese, czyli ziemniaki, ryż i małże. Łukasz nie był szczególnie zachwycony, ale Agatce bardzo smakowało. Jedliśmy też sporo owoców morza (szczególnie ośmiornic) i ryb, czasem w wersji na surowo (pesce crudo). Warto pamiętać, że w Apulii nie wszędzie zapłacimy kartą, dlatego dobrze zawsze mieć przy sobie trochę gotówki.

Jeżeli chodzi o słodycze, to chłopcy słowa gelati (lody) nauczyli się już pierwszego dnia:) Włosi mają fioła na punkcie słodkości. Mam wrażenie, że cukierni jest więcej niż restauracji. Apulijskie słodycze są ekstremalnie słodkie, zdarzało się, że nasze dzieci nie były w stanie zjeść swoich ciastek w całości:)

Dla mnie jedynym minusem włoskiego jedzenia jest śniadanie składające się najczęściej z kawy i rogalika. Ponieważ często się przemieszczaliśmy raczej nie robiliśmy zapasów żywieniowych i zmuszeni byliśmy jeść śniadania na mieście. Po tygodniu wcinania tostów z serem i szynką (które też nie wszędzie można dostać) marzyłam o jajecznicy!

O caffe leccese już pisałam, dodam tylko, że espresso we Włoszech to NAPRAWDĘ mała kawa, taka mniej więcej na łyczek. Apulia słynie także z produkcji wina na ogromną skalę, piliśmy białe i różowe wina regionalne i rzeczywiście były pyszne (zwłaszcza jak dzieci już smacznie spały, a my siedzieliśmy na zewnątrz).

Apulia zachwyciła nas do tego stopnia, że chcemy wrócić. Tydzień to zdecydowanie za mało, następnym razem planujemy pojechać też na północ od Bari i zobaczyć Półwysep Gargano i inne miejsca, do których nie udało nam się dotrzeć tym razem. Mam wrażenie, że to region, w którym czas w pewnym sensie się zatrzymał. Pomimo coraz większego zainteresowania ze strony turystów, Apulia nadal pozostaje autentyczna, ze swoimi firankami w otwartych drzwiach mieszkań, z kolorowymi kapliczkami, z suszącym się wszędzie praniem, z ogromnymi kaktusami w donicach, z trójkołowymi Piagiio, z czterokołowymi Fiatami 500 (są wszędzie), z rybakami pozdrawiającymi Cię uśmiechem i ze starszymi paniami robiącymi makaron na ulicy.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *