Fuerteventura

Fuerta to druga z odwiedzonych przez nas Wysp Kanaryjskich. Pierwszą była Teneryfa, na której spędziliśmy cudowny marcowy tydzień już prawie cztery lata temu. O naszej hacjendzie na plantacji bananów i atrakcjach wyspy możecie przeczytać tutaj (Teneryfa). Tym razem zdecydowaliśmy się na wakacje w styczniu, tuż po przerwie świątecznej. Kanary zimą to zawsze dobry pomysł! Temperatury w dzień przeważnie przekraczają 20 stopni, ludzi jest znacznie mniej niż w lecie, a woda w oceanie jest chłodniejsza o zaledwie 3 stopnie niż w sierpniu (czyli nadal lodowata). To, co wyróżnia Fuerteventurę, drugą co do wielkości Wysp Kanaryjskich, jest wiatr. Fuerte to po hiszpańsku silny, ventura – wiatr. I wszystko jasne:) Przez pierwszy tydzień wydawało nam się, że nazwa wyspy jest trochę naciągana. Owszem wiało, ale tak zupełnie przyjemnie, w pełnym słońcu lekki wietrzyk dawał ukojenie (przypominam, że mówimy o styczniu). Natomiast ostatnie dwa dni to był istny Armagedon. Wiało tak, że nie byliśmy w stanie otworzyć drzwi do samochodu. W ustach, oczach, a przede wszystkim w przypominających dready włosach mieliśmy tonę piachu. O spacerze nad brzegiem oceanu mogliśmy zapomnieć, żadne statki i łodzie nie wypływały z portów, a widoczność była praktycznie zerowa. Czyli jednak Fuerteventura! Żeby Was nie zniechęcić napiszę tylko, że okazało się, że trafiliśmy na kalimę. To zjawisko atmosferyczne występujące na Kanarach kilka lub kilkanaście razy w roku. Wschodni wiatr sirocco przenosi znad Sahary (ponad 100 kilometrów) gorące masy powietrza i drobinki piasku. Zwykle kalima utrzymuje się dwa lub trzy dni, a potem stopniowo zanika, tak że nie ma się co stresować:) Są też tacy, którym wiatr zupełnie nie przeszkadza, a wręcz dodaje skrzydeł! Fuerteventura to mekka surferów, zarówno z przedrostkiem (wind, kite, foil) jak i bez:) Idealne warunki atmosferyczne, plus ponad 150 piaszczystych plaż sprawiają, że Fuerta przyciąga mnóstwo amatorów sportów wodnych. Są to przeważnie młodzi ludzie, często podróżujący kamperami, którzy albo pracują zdalnie, albo właśnie robią sobie rok przerwy w nauce i korzystają ze slow life, jaki niewątpliwie oferuje wyspa. Wielokrotnie obserwując przecudnie przerobione stare Volkswageny Transportery i suszących pianki umięśnionych długowłosych blondynów zdarzyło mi się rozmarzyć jak by to było mieć te parę (no może paręnaście) lat mniej:) Wracając do rzeczywistości rodziny 2+3, Fuerteventura to także idealny kierunek na wakacje z dziećmi. Ciągnące się kilometrami piaszczyste plaże (albo plaże z popcornu), krystalicznie czysta woda, niekończące się wydmy, wulkany, do których kraterów można zajrzeć, to wszystko sprawiło, że nasze dzieci za żadne skarby nie chciały wracać i zgodnie stwierdziły, że były to jedne z najlepszych wakacji!

Zanim przejdę do zachwytów nad odwiedzonymi przez nas miejscówkami kilka informacji praktycznych. Na Fuertę możecie dolecieć WizzAirem z Warszawy lub Katowic. Warto też sprawdzać loty czarterowe bezpośrednio na stronach biur podróży. Lot trwa niecałe sześć godzin i przy podróży z niemowlakiem może być nie lada wyzwaniem. Nasze dzieci są już ogarnięte i w samolocie czytają książki, słuchają audiobooków, oglądają filmy albo śpią:) Pamiętam jednak jak lecieliśmy z półroczną Agatką na Teneryfę (6,5h) i było to dość męczące doświadczenie, zwłaszcza w dla Łukasza, który większość podroży nosił Agatkę tam i z powrotem po korytarzu. Pocieszający może być fakt, że na Kanary lata mnóstwo rodzin z maluszkami, tak że w samolocie nie będziecie w swej niedoli osamotnieni, a Waszemu płaczącemu maluchowi na pewno będą wtórować koledzy i koleżanki z rzędów obok. Jeżeli chodzi o poruszanie się po wyspie to bardzo polecam wynająć samochód. Najpopularniejszą wypożyczalnią jest Cicar i gdybyśmy jeszcze wybierali się na Fuertę to nauczeni doświadczeniem skorzystalibyśmy z ich oferty. Naszego Citroena pożyczyliśmy w sprawdzonej przez nas na Teneryfie wypożyczalni Autoreisen, którą właściwie też Wam mogę polecić, zwłaszcza jeżeli boicie się jeździć nowszymi autami z małym przebiegiem:) Ogromnym plusem Autoreisen (poza konkurencyjną ceną i pewnością, że dostaniecie to, co zamówiliście, a nie or similar) jest fakt, że samochody są tak porysowane, że nikt się nie przejmuje robieniem zdjęć uszkodzeń:) Na lotnisku czekały na nas też zamontowane (i dobrej jakości) foteliki, tak że nie musieliśmy ich targać z magazynu i męczyć się z mocowaniem, jak to zwykle bywało do tej pory. No i największy atut: jak już auto zupełnie nam się zepsuło i silnik padł na środku drogi, to wystarczył jeden telefon (w porywach do dwóch) i po niecałych trzech godzinach uśmiechnięty pan przywiózł nam lawetą nowego Citroena z podobnym przebiegiem:) Nasze dzieci całą akcją wymiany auta były naprawdę zachwycone, zwłaszcza jak pan od lawety skasował przy parkowaniu dwa kolejne samochody:)

Co do noclegów to standardowo zarezerwowaliśmy jedynie pierwsze cztery noce. Wynajęliśmy na bookingu świetne mieszkanie z najpiękniejszym widokiem jaki mogliśmy sobie wymarzyć! O samych noclegach i o tym, gdzie moim zdaniem warto spać napiszę później, a teraz zapraszam do Corralejo, naszego ulubionego miasteczka na wyspie!

Corralejo

Corralejo to miasto na wskroś surferskie i przez to niesamowicie klimatyczne. Miasteczko tętni życiem cały rok, kawiarnie i restauracje wieczorami są pełne, w niektórych trzeba rezerwować stoliki. Położone nad niewielką zatoczką, dokładnie naprzeciwko bezludnej wyspy Lobos (na którą nie udało nam się popłynąć ze względu na kalimę), stanowi idealną bazę do zwiedzania północnej części wyspy. Nasze mieszkanie znajdowało się przy jednej z najpiękniejszych białych plażyczek, Playa Vista Lobos, na której zamiast piasku był… popcorn! Przypominające uprażoną kukurydzę rodolity, czyli skamieniałości alg, to od kilku lat jedna z najbardziej fotografowanych atrakcji Fuerty:)

Największa popcornowa plaża, Playa del Bajo de la Burra, leży kilka kilometrów na wschód od Corralejo, po drodze do malutkiej wioski rybackiej Majanicho. Odwiedziliśmy ją pod koniec naszego wyjazdu, podczas największego wiatru i szczerze mówiąc popcornowe plaże w Corralejo zrobiły na nas większe wrażenie. Pewnie dlatego, że widzieliśmy je jako pierwsze:)

Malowniczo położone Majanicho przy bezwietrznej pogodzie na pewno zachwyca. Zanurzone w saharyjskim piasku też jest niczego sobie:) Wiało tak, że nasze dzieci odmówiły wyjścia z samochodu, a po otwarciu drzwi na kilka sekund całe wnętrze auta było pokryte brązowym pyłem. I tak warto było!

W Corralejo, choć miasteczko jest typowo wakacyjnym kurortem, nie znajdziecie hotelowych molochów i plaż wyłącznie dla gości. Kilka resortów z basenami i atrakcjami dla dzieci (w większości w bardzo niskiej zabudowie) wkomponowane jest w uliczki miasteczka do tego stopnia, że zupełnie nie rzucają się w oczy. Kilkukilometrowa ścieżka wzdłuż wybrzeża to idealne miejsce na spacer czy poranny jogging. Po drodze możecie zatrzymać się w jednej z licznych knajpek i podziwiać widok na Lobos, a także położoną nieco dalej Lanzarote. Na Lanzarote organizowane są jednodniowe wycieczki (około 50Euro/os), możecie też, tak jak my, wybrać się na wyspę wulkanów na własną rękę. Promy z Corralejo odpływają kilka razy dziennie, bilet warto kupić dzień wcześniej, z uwagi na ograniczoną przestrzeń dla samochodów. O naszej wyprawie na Lanzarote napiszę na końcu, jeżeli macie czas to zdecydowanie warto!

Poza licznymi szkółkami surfingu, popcornowymi plażami i klimatycznymi knajpkami z widokiem, Corralejo słynie przede wszystkim z Parque Natural de Corralejo, czyli ogromnego pasa wydm ciągnącego się przez kilkanaście kilometrów wzdłuż wybrzeża. Pokryte drobniuteńkim, białym piaskiem wydmy z jednej strony sięgają po horyzont, a z drugiej kontrastują z turkusową wodą Atlantyku. O zachodzie słońca wrażenie jest niesamowite. Pustynny krajobraz przecina jedynie droga, przy której bez problemu możecie zaparkować i rozpocząć wspinaczkę na piaskowe góry. Gwarantuję, że dzieci będą zachwycone. Nasze przez dwie godziny turlały się po zboczach wydm, a Łukasz  testował swój nowy gadżet podróżniczy, dzięki któremu podziwialiśmy całą przestrzeń także z lotu ptaka:) Jak na pierwsze loty dronem nie moglibyśmy sobie wyobrazić piękniejszych okoliczności przyrody.  

Z Corralejo możecie również wybrać się na najprawdziwszy wulkan! Trasa na szczyt, a właściwie na zbocze krateru wulkanu Calderon Hondo, rozpoczyna się w miejscowości Lajares, 15 minut samochodem z Corralejo. Początkowo wytyczona w polu lawowym ścieżka jest szeroka i praktycznie płaska. Po drodze mija się wulkan Montaña Colorada,  którego zbocza pokrywa żółty i czerwony żwir. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to dość wąskie i całkiem strome podejście, dlatego warto pamiętać o odpowiednim obuwiu. W sandałach czy klapkach może nie być zbyt wygodnie:) Ze szczytu Calderon Hondo rozpościera się niesamowity widok nie tylko w głąb krateru, ale także na północne wybrzeże Fuerty. Poza samym faktem zdobycia wulkanu i zajrzenia do środka krateru, największą atrakcją dla naszych dzieci były czekające na strudzonych wędrowców dzikie wiewiórki. Zwierzęta są ewidentnie przyzwyczajone do ludzi, podchodzą naprawdę bardzo blisko licząc na poczęstunek. Wiewiórki ziemne uważane są na Fuercie za szkodniki, niszczą uprawy i wpływają na ekosystem wyspy. Dlatego często możecie napotkać tabliczki informujące, że nie należy ich karmić ani przenosić w inne miejsca. Trzeba jednak przyznać, że jak na szkodniki są wyjątkowo słodkie i fotogeniczne:) Cała wyprawa na Calderon Hondo zajęła nam około dwie godziny (z półgodzinną przerwą na szczycie). Czteroletnia Agatka większość prawie sześciokilometrowej trasy przeszła bez problemu sama, na ostatnie 15 minut wskoczyła Łukaszowi na barana:)

Tak jak pisałam wcześniej, w Corralejo mieszkaliśmy przy samej plaży. Znaleziony na bookingu apartament (Apartamento Coral Bay) okazał się idealny. Był nowoczesny, czysty, przestronny i bardzo dobrze wyposażony. Z jednej strony znajdowaliśmy się nieco na uboczu miasteczka, z drugiej do portu i centrum mieliśmy niecałe 2 kilometry spacerem wzdłuż wybrzeża. Największym atutem jednak był widok z okien i tarasu. Po prostu bajka! Spodobało nam się do tego stopnia, że na koniec wyjazdu chcieliśmy wrócić, niestety apartament był już zajęty. Jeżeli mielibyśmy jeszcze kiedyś odwiedzić Fuertę, to z przyjemnością wrócilibyśmy do tego mieszkania!

El Cotillo

Leżące na zachodnim wybrzeżu, zaledwie 20 minut samochodem z Corralejo, El Cotillo to drugie ulubione miasteczko na Fuercie. Białe zabudowania z licznymi niebieskimi akcentami  kontrastują z czarną, kamienistą plażą i stromym klifem, o który rozbijają się spiętrzone fale. W położonych w zatoczce knajpkach zjecie przepyszne ryby i owoce morza, które rybacy przynoszą bezpośrednio do restauracji. Polecamy szczególnie Restaurante La Vaca Azul, czyli Niebieska Krowę, w której jedliśmy najlepsze ryby na wyspie! Spacerując po grzbiecie klifu w kilka minut możecie dojść do osiemnastowiecznej twierdzy El Tostón. Nieco dalej znajduje się całkiem spora piaszczysta plaża, na której z pewnością spotkacie mnóstwo surferów. My spędziliśmy wieczór po północnej stronie miasteczka, na Playa de los Lagos. Pokryta drobnym, białym piaskiem plaża z licznymi skałkami (warto zabrać buty do wody dla dzieci) to idealne miejsce na podziwianie zachodu słońca.

Po pierwszych czterech nocach w Corralejo na kolejne trzy dni wynajęliśmy apartament w Costa Calma. Zależało nam na dobrej bazie wypadowej do zwiedzania południa Fuerteventury. Z północy wyspy do Costa Calma jedzie się półtorej godziny. Nam podroż zajęła praktycznie cały dzień, chcieliśmy po drodze zwiedzić interior. Pierwszym przystankiem na kawę miała być La Oliva, której największą atrakcją jest Casa de Los Coroneles, czyli dawna siedziba gubernatorów wyspy. Chcieliśmy również wstąpić do położonego naprzeciwko Centrum sztuki Kanaryjskiej Casa Mané, okazało się jednak, że jest zamknięte na cztery spusty. Nie udało nam się też znaleźć żadnej otwartej kawiarni, tak że ruszyliśmy dalej w drogę, zapominając o zrobieniu chociaż jednego zdjęcia:) Po drodze do kolejnego punktu naszej trasy, Tefíi, mijaliśmy Montaña Tindaya, czyli świętą górę Guanczów, pierwszych mieszkańców Wysp Kanaryjskich pochodzących z berberyjskiej Afryki.  Wysoki na 400 metrów wulkan jest jednym z zabytków narodowych Hiszpanii. To tutaj Guanczowie odprawiali swoje rytuały religijne, których pozostałością jest ponad 300 inskrypcji, wyrytych na jednym ze zboczy góry. W Tefíi udało nam się wypić kawę w jedynej otwartej tawernie, położonej tuz przy drodze (Parada 33). Poza niewielkim skansenem Ecomuseo la Alcogida, miasteczko, a właściwie licząca 250 mieszkańców osada, słynie z wiatraka. Molino de Tefía to jedyny zachowany wiatrak z sześcioma skrzydłami. Zbudowane z kamienia i zwieńczone drewnianym dachem młyny porozrzucane są w różnych częściach Fuerty. Możecie je spotkać zarówno w miastach (na przykład w Corralejo), jak i podróżując po bezdrożach wyspy. Ogromne otwarte i płaskie przestrzenie oraz silny wiatr będący nieodłącznym elementem klimatu sprawiły, że od XVIII wieku wybudowano na Fuercie ponad 1000 wiatraków, z których część przetrwała do dziś.

Kolejnym punktem wycieczki była położona w samym centrum Fuerteventury Antigua. Przy głównym (i jedynym placu) miasteczka wznosi się osiemnastowieczny kościół Iglesia Nuestra Señora de la Antigua. Sam plac jest bardzo przyjemny, zwłaszcza w okresie bożonarodzeniowym, kiedy pod licznymi palmami rozstawione są dekoracje z bałwankami i sanie św. Mikołaja.  Motywy świąteczne obecne były na początku stycznia w większości miasteczek, do naszych ulubionych należały zdecydowanie kaktusowe i palmowe choinki:) Antiguę warto odwiedzić przede wszystkim ze względu na fantastyczne muzeum Museo dle Queso Majorejo. Historia i proces produkcji tradycyjnego sera majorejo, wytwarzanego ze świeżego mleka lokalnych kóz (rasy…majorejo) to jedynie część ekspozycji muzeum. Możecie tutaj poznać wulkaniczną historię wyspy, dowiedzieć się jakie zwierzęta i rośliny występują na Fuercie, zwiedzić odrestaurowany dwustuletni młyn oraz podziwiać ogromnych rozmiarów okazy kaktusów. Muzeum jest częściowo  interaktywne, naszym dzieciom szczególnie przypadła do gustu możliwość wydojenia kozy:). Na całkiem sporym i wyjątkowo zadbanym terenie mieści się także sklep z lokalnymi wyrobami i kawiarenka, w której można spróbować trzech rodzajów sera majorejo – queso tierno (ser świeży, biały, podawany w okresie do 20 dni od produkcji), queso semicurado (ser półtwardy, nieco ciemniejszy) oraz queso curado (ser twardy, dojrzewający minimum dwa miesiące). Wszystkie pyszne!

Jak już pisałam nasza trasa na południe zdecydowanie nie należała do najkrótszych. Po wizycie w Museo del Queso Majorejo udaliśmy się z powrotem kawałek na północ, naszym celem była dawna stolica Fuerteventury – Betancuria. Po drodze zatrzymaliśmy się na moment przy punkcie widokowym Mirador de Guise y Ayose, którego strzegą dwaj dawni władcy wyspy. Prawdę mówiąc podróż samochodem przez Fuerteventurę jest sama w sobie tak niesamowitym doświadczeniem, że kolejne punkty widokowe nie robiły już na nas takiego wrażenia.

Betancuria

Pierwsza stolica Fuerteventury zawdzięcza swą nazwę Jeanowi de Béthencourtowi. W 1402 roku  normański konkwistador, z rozkazu hiszpańskiego króla, wyruszył na podbój Wysp Kanaryjskich. Żyzna dolina położona w środkowej części wyspy, z dala od możliwych ataków piratów, była idealnym miejscem na założenie osady. Betancuria do dziś sprawia wrażenie oazy wśród pustynnego, powulkanicznego krajobrazu dominującego na wyspie. To zdecydowanie najbardziej zielone miasteczko Fuerty – palmy, kaktusy, kwitnące krzewy i donice z kwiatami na tle śnieżnobiałych zabudowań bardzo przypominają mi południowe Włochy. W jednej z knajpek z przepięknym pokrytym roślinnością tarasem jedliśmy zresztą pizzę. Nie miała ona co prawda z Włochami wiele wspólnego, ale sama sceneria sprawiała, że zupełnie nam to nie przeszkadzało:) Choć miasteczko jest niewielkie może poszczycić się wieloma zabytkowymi budynkami. Najcenniejszym z nich jest siedemnastowieczny kościół Iglesia de Santa María de Betancuria, znajdujący się w historycznym centrum dawnej stolicy. Warto przespacerować się wąskimi uliczkami wśród tradycyjnych kanaryjskich zabudowań i nacieszyć się na zapas zielenią, której w pozostałych częściach wyspy jest jak na lekarstwo.

Costa Calma

Costa Calma to typowo turystyczny kurort, z mnóstwem ogromnych hoteli ciągnących się wzdłuż wybrzeża. Mieliśmy świadomość, że to nie do końca nasz klimat, ale zależało nam bardzo na dobrej bazie wypadowej do zwiedzania południa Fuerty, w szczególności Półwyspu Jandía. Plus nie chcieliśmy mieszkać ani w hotelu, ani w domku na odludziu bez żadnej infrastruktury. A w Costa Calma znaleźliśmy bardzo fajny apartament, w niewielkim rodzinnym kompleksie (Casa Roja) prowadzonym przez parę Włochów. Okazało się też na miejscu, że kurort jest praktycznie pusty, część hoteli zupełnie pozamykana, a turystów praktycznie w ogóle nie widać. Nie wiem jak Costa Calma wygląda w miesiącach wakacyjnych, ale w styczniu było naprawdę przyjemnie. Nasz parterowy apartament  składał się z dwóch sypialni i salonu z aneksem kuchennym. Na Agatkę czekały wszystkie niezbędne udogodnienia dla maluchów. Dodatkowo jak wybieraliśmy się na plażę właściciele pożyczyli nam parasol i parawan i udzielili mnóstwo pomocnych wskazówek. Tuż obok naszego apartamentu znajdowała się niewielka lodziarnio-kawiarnia połączona ze sklepem ze sprzętem surferskim. Przez większość wyjazdu śniadania przygotowywaliśmy sami dlatego skuszeni zapachem kawy (i widokiem naleśników z czekoladą) już pierwszego dnia, praktycznie w kapciach, wybraliśmy się na śniadanie do parad’ice. Staś w ciągu trzech minut załatwił sobie deskorolkę, reszta ekipy poszła w jego ślady i po chwili cała trójka szalała po kawiarnianym tarasie.

Jeżeli chodzi o samą miejscowość pod kątem plażowania to pierwszy, wieczorny spacer mocno nas zniechęcił. Chociaż plaża w Costa Calma jest długa i piaszczysta, to sam piasek wydaje się cały czas mokry i bardzo zbity, z mnóstwem śladów opon samochodowych. Dlatego następnego dnia udaliśmy się na położoną tuz obok, jedną z najdłuższych i podobno najpiękniejszych plaż Fuerty – Playa de Sotavento. Wybraliśmy część plaży szczególnie lubianą przez kitesurferów, czyli Sotavento Kite Lagoon. Polecamy szczególnie rodzinom z młodszymi dziećmi. Nasze były do tego stopnia zachwycone lagunami (ja bym raczej nazwała je bajorkami), że właściwie nie miały potrzeby wchodzić do oceanu. Jak można się też domyślić, na plaży, która w nazwie ma słowo kite, trochę wiało. Pożyczony parasol i parawan na niewiele się zdały, po niecałych dwóch godzinach musieliśmy się ewakuować. Plaża rzeczywiście jest przepiękna, piasek biały i drobniutki, myślę, że przy lepszych warunkach pogodowych moglibyśmy posiedzieć nieco dłużej:)

Morro Jable

Tak jak Corralejo na północy Fuerty, tak Morro Jable na południu jest jedynym tętniącym życiem większym miasteczkiem. Mówię oczywiście o naszych styczniowo-covidowych  doświadczeniach. Określenie „tętniące życiem” jest może nieco na wyrost. Chodzi mi sam fakt, że w knajpach byli ludzie (zarówno lokalni mieszkańcy jak i turyści), a na ulicach było słychać gwar i muzykę na żywo. Najbardziej klimatyczna jest starsza część miasteczka, pełna położonych nad samą plażą kawiarni i restauracji, których skierowane w stronę oceanu stoliki przyciągają wieczorami miłośników zachodów słońca. W Morro Jable spędziliśmy sporo czasu, to właśnie tutaj mieliśmy przygodę z zepsutym samochodem i kilkugodzinna przymusową przerwę w oczekiwaniu na nowe auto:) Nawet jeśli nie planujecie dłuższego postoju, w miasteczku warto zatrzymać się na kawę przed mrożącą krew w żyłach wyprawą samochodową na Cofete, czyli w najpiękniejszy zakątek Fuerteventury!

Cofete

Jeżeli miałabym wybrać jedno miejsce na Fuercie, które zrobiło na mnie największe wrażenie, to z pewnością byłoby to Cofete. Ale zacznijmy od początku. Cofete, czyli dwunastokilometrowa plaża z drobnym, białym piaskiem i krystaliczną wodą, jest częścią rezerwatu przyrody Parque Natural Jandía. Pomimo, że Morro Jable i Cofete dzieli zaledwie 20 kilometrów, podróż samochodem trwa prawie godzinę! Kręta i kamienista droga szutrowa z pewnością dostarczy Wam niezapomnianych wrażeń. Nie chodzi nawet o to, że jest szczególnie stromo, czy niebezpiecznie. Problemem są dziury, kamienie i mijanki, a tak naprawdę brak nawierzchni. Przed wyjazdem naczytaliśmy się, że samochodem bez napędu 4×4 nie ma szans, a najlepiej skorzystać z wycieczki jeepem (z pewnością byłoby szybciej). Skonsultowaliśmy nasze obawy ze znajomymi, którzy niedawno pokonywali tę samą trasę, a także z lokalnymi mieszkańcami i zdecydowaliśmy się na samodzielną wyprawę. Jedyne, o czym musicie pamiętać to fakt, że ubezpieczenie z wypożyczalni nie obejmuje dróg szutrowych. Ponadto na całej trasie do Cofete nie ma zasięgu. Poza tym luzik:) W miarę wspinania się samochodem coraz wyżej będziecie mogli podziwiać malownicze południowe wybrzeże Fuerteventury. Po około niecałych piętnastu kilometrach droga zacznie prowadzić w prawo, a waszym oczom ukaże się Cofete. I wtedy zaniemówicie. Ciągnąca się po horyzont piaszczysta plaża jest naturalnym przedłużeniem wulkanicznych wzgórz, które zamykają ją od południa. Na turkusową wodą unosi się bryza sprawiająca, że cały krajobraz staje się oniryczny, wręcz nieprawdopodobny. Nieliczni turyści przechadzający się w oddali zupełnie nikną w tym zjawiskowym pejzażu, który zdaje się być namalowanym na płótnie obrazem, idealnym dziełem przyrody.

Nie jest jednak tak, że Cofete to miejsce nieskalane ludzką ręką. W opustoszałej osadzie znajdziecie kilka prowizorycznych domków, w których, sądząc po suszącym się praniu, ktoś mieszka. Obok parkingu mieści się też jedyna restauracja. Nie mam pojęcia czy warto ja odwiedzić, my przywieźliśmy prowiant ze sobą:) Duże wrażenie robią też ruiny cmentarza, częściowo zasypanego przez piasek. Wzrok również przykuwa okazała willa, położona u stóp jednej z wulkanicznych gór. To tzw. Willa Wintera, niemieckiego przedsiębiorcy, który otrzymał ja od generała Franco w czasie II Wojny Światowej. Wokół willi krąży mnóstwo legend, jak choćby ta, że była miejscem tajnych spotkań Franco z Hitlerem. W pobliskiej zatoczce podobno widywano też U-Booty. Sam budynek można zwiedzać (jak trafi się na pilnującą go parę staruszków). My nie mieliśmy na to ani czasu, ani specjalnej ochoty, ale dla miłośników takich ciekawostek to z pewnością nie lada gratka. Na Cofete spędziliśmy kilka godzin, dzieci cały czas kąpały się w lodowatym oceanie i zgodnie stwierdziły, że było…cytuję: epicko! Jeżeli będziecie planować wyjazd na Fuertę, to polecamy. Bardzo!

W drodze powrotnej na północ wyspy (ostatnie dwa noclegi zarezerwowaliśmy ponownie w naszym ulubionym Corralejo) zaplanowaliśmy dwa przystanki. Pierwszym z nich była niewielka wioska La Pared, położona na zachodnim wybrzeżu, zaledwie 7 kilometrów od Costa Calma. Obie miejscowości leżą na przeciwległych krańcach przesmyku będącego najwęższym odcinkiem wyspy i dzielącego Fuerteventurę na dwie części –  Barlovento (nawietrzną) i Sotavento (zawietrzną). Położona wśród klifów La Pared, z uwagi na silny wiatr i ogromne fale cieszy się popularnością wśród surferów, na których czeka kilka szkółek i mieszkania na wynajem sezonowy. W tej części wyspy nie ma piaszczystych plaż ani wakacyjnych kurortów. Nad wybrzeżem górują masywne wulkaniczne klify, o które rozbijają się spiętrzone fale oceanu. To właśnie w La Pared zaczęliśmy odczuwać skąd wyspa wzięła swą nazwę. Początkowo myśleliśmy, że to uroki strony nawietrznej i że pewnie zawsze tak to wygląda. Dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że rozkręca się kalima.

Ajuy

Drugim punktem na naszej trasie powrotnej była malutka wioska rybacka Ajuy (sic!). Warto ją odwiedzić z dwóch powodów. Pierwszym jest przepięknie położona plaża Playa de los Muertos z zupełnie czarnym piaskiem wulkanicznym (nie martwcie się, jest niebrudzący). Drugi, znacznie bardziej spektakularny powód stanowią jaskinie – Cuevas de Ajuy – najstarsze tego typu formacje skalne na Wyspach Kanaryjskich. Położona na klifie ścieżka prowadzi przez jasne skały wapienne, które niegdyś stanowiły główny materiał budowlany Fuerty. Po kilkunastu minutach dochodzimy do jaskiń, zwanych także pirackimi. Polecam przygotować się nieco lepiej niż my i zamiast sandałów zabrać zamknięte buty:) Pomimo niedogodności udało nam się zejść, a nawet wspiąć do środka jaskiń. Widok na klify z perspektywy wulkanicznej groty robi ogromne wrażenie. Dzieci nie chciały z żadne skarby wychodzić, co chwilę odkrywały kolejne zakamarki, wspinały się na skały i odgadywały kształty uformowane przez kamienne okna. W drodze powrotnej, muskani delikatnymi powiewamy kalimy (jeszcze nie wiedzieliśmy, co nas czeka) spotkaliśmy znów dzikie wiewiórki, o których pisałam przy okazji wyprawy na wulkan Calderon Hondo. Jeżeli chcielibyście w Ajuy zatrzymać się na obiad to macie do wyboru jedną z czterech restauracji. My zdecydowaliśmy się na La Jaula de Oro i było przepysznie. Z kawą nie mieliśmy żadnych dylematów, w Ajuy jest tylko jedna  kawiarnia Ayja Fuerteventura, z fantastycznym widokiem na zatoczkę i świetną kawą mrożoną:)

Ostatnie dwie noce spaliśmy znów w Corralejo.  Ponieważ miasteczko znaliśmy już całkiem nieźle, przy wyborze noclegu kierowaliśmy się głównie lokalizacją. Zależało nam też jak zwykle na dwóch osobnych sypialniach. Ostatecznie wybraliśmy apartament w Bristol Sunset Beach. To całkiem spory kompleks składający się z kilkudziesięciu apartamentów z aneksami kuchennymi, przystosowanymi także na dłuższy wynajem. Poza basenem, restauracją i knajpą na dachu, Bristol Sunset Beach oferuje również wypożyczenie rowerów i sprzętu surferskiego, a także zajęcia jogi i fitness. Tak przynajmniej przeczytałam w windzie:) Apartament był całkiem ok, nieco mniejszy niż poprzedni, z widokiem na głośną ulicę i parking. Z knajpy na dachu za bardzo nie skorzystaliśmy, bo wiało niemiłosiernie, a i klimat nie do końca dzieciowy:) Miejsce w porządku, ale raczej dla par bez dzieci lub grupy znajomych.

Samolot powrotny do Katowic (wspominałam Wam już, że jestem mistrzem w wynajdowaniu tanich połączeń?), mieliśmy dopiero późnym wieczorem. Z uwagi na kalimę w Corralejo nie dało się nawet podejść do oceanu, dlatego zdecydowaliśmy się zwiedzić stolicę Fuerty, czyli Puerto del Rosario, obok której znajduje się lotnisko. Zastanawiało mnie trochę dlaczego wśród głównych atrakcji miasta wymieniana jest galeria handlowa i escape room, postanowiliśmy jednak się nie zrażać i wyrobić sobie własną opinię. W Puerto del Rosario spędziliśmy trzy godziny. Napiszę tylko, że zjedliśmy zdecydowanie najgorszy obiad podczas całego wyjazdu, a z braku jakichkolwiek innych opcji, w akcie ostatecznej desperacji rozważaliśmy odwiedzenie galerii handlowej (szybko uświadomiliśmy sobie, że jest niedziela:)). Ponieważ mieliśmy jeszcze sporo czasu do odlotu pojechaliśmy do oddalonej o 7 kilometrów od lotniska turystycznej enklawy Caleta de Fuste. To jeden z najbardziej popularnych kurortów na Fuercie, polecany szczególnie rodzinom z dziećmi. Przyznam szczerze, że pierwszy raz byłam w tego typu miejscowości – stworzonej od początku do końca z myślą o turystach. Totalnie nie nasz klimat, ale muszę napisać, że spodziewałam się większego koszmarku. Tymczasem miasteczko (jeżeli skupisko turystycznych ośrodków możemy nazwać miasteczkiem) jest całkiem estetyczne, z niską zabudową, długą i szeroką plażą i całkiem przyjemnymi knajpkami. Ponadto Caleta de Fuste to całkiem dobra baza wypadowa do zwiedzania całej Fuerty. Tak że jeżeli ktoś gustuje w wakacjach all inclusive to z pewnością jest to jakaś opcja:)

Lanzarote

Na koniec, wbrew chronologii, chciałabym Wam bardzo polecić jednodniową wycieczkę na Lanzarote. Tak jak pisałam na początku, na wyspę wulkanów wybraliśmy się na własną rękę. Prom w dwie strony z Corralejo kosztował nas (samochód + pięć osób) 229 Euro. Do zakupu biletów niezbędne są paszporty lub dowody osobiste, sprawdzane również przed samą przeprawą promową. Na Lanzarote płynie się 25 minut, a do wyboru macie trzech operatorów promowych. Nam zależało na jak najwcześniejszym rejsie, dlatego zdecydowaliśmy się na przewoźnika Fred Olsen (wypływał najwcześniej i wracał najpóźniej).  

Prom sam w sobie był niemałą atrakcją dla dzieci, tak że nawet nie zauważyliśmy jak dopłynęliśmy do Playa Blanca, jednego z najbardziej znanych kurortów na wyspie. Mieliśmy świadomość, że w dziesięć godzin nie uda nam się zobaczyć całej Lanzarote, postanowiliśmy jednak maksymalnie wykorzystać czas i od razu ruszyliśmy do Parku Narodowego Timanfaya. Zajmujący obszar 51km2 park narodowy, zwany inaczej Górami Ognia (Montañas del Fuego), to zdecydowanie jedno z najciekawszych miejsc archipelagu Wysp Kanaryjskich. Liczne erupcje wulkanów , przede wszystkim w latach 1730-1736, całkowicie spustoszyły południowo-zachodnią część wyspy. Dziesiątki kraterów, wysokie na kilka metrów pola lawy i wszechobecny czarny pył sprawiają, że poczujecie się jak na innej planecie. Park można zwiedzać tylko i wyłącznie z okien autobusu. Wycieczki rozpoczynają się co pół godziny i trwają około 40 minut. Gwarantuję, że krajobrazy, które będą wam towarzyszyć podczas tej 14-kilometrowej przejażdżki na zawsze zostaną w waszej pamięci. Coś niesamowitego!  Na koniec czeka was bardzo efektowny pokaz unaoczniający temperatury panujące pod powierzchnią ziemi (ponad 100 stopni). Jeżeli będziecie mieć czas możecie zostać na obiad w znajdującej się na terenie parku restauracji El Diablo. Potrawy przygotowywane są tutaj na ogromnym grillu, ogrzewanym naturalnym ciepłem z wnętrza ziemi.

Następnym punktem naszej wyprawy była niewielka wioska Haría, położona w „dolinie tysiąca palm” na północy wyspy. Poza palmami, które według legendy miał w Harii sadzić każdy mężczyzna kiedy zostawał ojcem, wioska słynie z Domu Césara Manrique’a – największego artysty Wysp Kanaryjskich. Twórczość pochodzącego z Lanzarote Manrique’a – malarza, rzeźbiarza, projektanta wnętrz, architekta i wizjonera  – obecna jest w wielu zakątkach wyspy. Artysta stworzył swój własny koncept estetyczny, opierający się na połączeniu natury i sztuki. Idealnym przykładem jest Mirador del Rio, punkt widokowy powstały w miejscu dawnej bazy wojskowej. Przykryty skałami budynek, z ogromnymi panoramicznymi oknami, zlewa się z otoczeniem i z daleka jest właściwie niewidoczny. Z tarasu przypominającego dziób statku roztacza się widok na la Graciosę i sąsiadujące z na wysepki. W zaaranżowanej przez Manrique’a przestrzeni działa kawiarenka i sklepik z pamiątkami. To zdecydowanie jedno z miejsc doskonale pasujących do hasztagu #coffeewithaview.

Kolejnym dziełem artysty, będącym przykładem harmonii natury i kreacji twórczej, są jaskinie Jameos del Aqua. Otwarte do góry groty to część tunelu wulkanicznego powstałego w wyniku erupcji wulkanu La Corona. W jednej z jaskiń znajduje się jeziorko z krystalicznie czystą wodą, zamieszkałe przez unikatowy gatunek malutkich krabów albinosów. W grotach mieści się też audytorium na 500 osób oraz bar i restauracja (podobno stoliki na wieczór należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem). Otoczony tropikalną roślinnością śnieżnobiały basen kontrastuje z czarnymi wulkanicznymi ścianami jaskini. Chociaż nie można się w nim kąpać to z pewnością jedno z najbardziej fotografowanych miejsc wyspy:) Na terenie Jameos del Aqua działa również centrum badawczo-edukacyjne Casa de los Volcanes, w którym możecie poczytać o geologii Wysp Kanaryjskich i zgłębić podstawy wulkanologii.

Wycieczka śladami Césara Manrique’a zajęła nam całe popołudnie i właściwie na nic więcej nie starczyło nam już czasu. Bardzo zależało mi na podziwianiu zachodu słońca w okolicach Los Hervideros, w południowo-zachodniej części Lanzarote. To wyjątkowo stromy i urwisty kawałek wybrzeża pokryty lawą, w której wyżłobione są liczne korytarze i tunele. Uderzająca z ogromną siłą woda wlewa się do jaskiń i szczelin, wytryskując następnie w najmniej spodziewanych miejscach i tworząc naturalny spektakl będący świadectwem potęgi natury. My przyjechaliśmy do Los Hervideros w ostatnim momencie, dosłownie chwilkę później całkowicie się ściemniło. W styczniu na Kanarach słońce zachodzi około 18:00 i to jest właściwie jedyny mankament zimowych wakacji.

Jeden dzień na Lanzarote to zdecydowanie za mało, żeby zwiedzić całą wyspę. My jednak jesteśmy bardzo zadowoleni z wyprawy, udało nam się zobaczyć miejsca, na których najbardziej nam zależało. Jeżeli będziecie dłużej na Fuercie to polecamy bardzo!

Co jeść?

Kuchnia Fuerteventury, podobnie jak pozostałych Wysp Kanaryjskich, wywodzi się głównie z tradycji hiszpańskich i bazuje na lokalnych składnikach. Jeżeli jesteście fanami owoców morza i ryb to będziecie zachwyceni. Zdecydowanie najbardziej popularne są wszechobecne na półwyspie iberyjskim tapas, czyli niewielkie przekąski podawane na ciepło lub zimno. My najczęściej zamawialiśmy kilka tapas do podziału, dzięki temu każdy mógł wybrać coś dla siebie. Jedliśmy mnóstwo krewetek (na Fuercie podawane są już obrane w oliwie i ziołach), ośmiorniczek, sardynek  i ulubionych kalmarów. Typowym dodatkiem do ryb i mięs są papas arrugadas, czyli pomarszczone ziemniaki, podawane w całości w mundurkach. Obowiązkowo z dwoma kanaryjskimi sosami na bazie oliwy i czosnku.  Czerwony sos (mojo rojo) doprawiony jest dodatkowo pikantną papryką i pieprzem, sos zielony (mojo verde) zieloną papryczką chilli i ziołami. Z innych tapas warzywnych polecam smażone z dużą ilością grubej soli zielone papryczki pimientos del padron. Sery kozie (surowe lub panierowane) podaje się najczęściej z konfiturą figową i syropem palmowym. Z dań głównych jedliśmy przepyszne grillowane ryby i paellę (jednogarnkowe danie z żółtego ryżu z mięsem lub owocami morza). Najbardziej typowym produktem kanaryjskim jest gofio, czyli mąka z prażonych zbóż, głównie kukurydzy. Dawniej używana do wypieku chleba i cienkich placków, dziś znajduje zastosowanie w deserach i jako dodatek do zup i sosów. My próbowaliśmy gofio w wersji na słono, w postaci brei z dodatkiem surowej cebuli. Bardzo nam nie smakowało:) Co do deserów to wszystkie są niesamowicie słodkie. Puddingi i ciasta najczęściej mają w sobie mnóstwo karmelu, miodu i migdałów. Ciekawostką są też bardzo słodkie kawy, na przykład café leche y leche z dodatkiem zwykłego i skondensowanego mleka. Moim faworytem jest café barraquito, czyli połączenie mleczka skondensowanego, likieru cytrynowego, espresso i spienionego mleka posypanego cynamonem. Ostatniego dnia pobytu na Fuercie wybraliśmy się na śniadanie na churrosy, czyli smażone w głębokim tłuszczu pręciki z ciasta parzonego (trochę jak nasze pączki tylko nieco twardsze i w innym kształcie). Macza się je w gorącej czekoladzie lub kawie. Prawdę mówiąc nie do końca rozumiem fenomen tej potrawy, w przeciwieństwie do naszych dzieci:)

Zaczynając wpis o Fuercie obiecywałam sobie, że tym razem będzie krócej. No cóż, wyszło jak zwykle:) Mam nadzieję, że tych, którzy dotrwali do końca zachęciłam do wyprawy na tę niesamowitą wyspę! W razie dodatkowych pytań służę pomocą!

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.